Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3000-4000m. n.p.m.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3000-4000m. n.p.m.. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 lipca 2012

Grossglockner (3798m. n.p.m.)


KRÓLEWSKA GÓRA
GPSies - GrossglocknerSzpiczasty wierzchołek najwyższego szczytu Austrii kusił mnie już podczas pierwszej wyprawy w rejon Wysokich Taurów. Spośród trzytysięczników, których wiele w austriackich Alpach, wyróżnia się sylwetką i wysokością - prawdziwie królewska to góra! Stojąc na niższym Grossvenedigerze i widząc  wystający sponad chmur czubek Grossglocknera, wiedziałem, że niebawem na nim stanę.
Lipcowy urlop wydał się idealną ku temu okazją. Nie znalazłszy żadnego (poza Darkiem oczywiście) kompana wyprawy, który wyraziłby chęć partycypowania w kosztach podróży, ogłosiłem fakt posiadania wolnych miejsc w samochodzie na portalu społecznościowym ( facetube albo youbook -  jakoś tak).
Pomysł okazał się trafny gdyż na 2tyg. przed wyjazdem chęć wyjazdu potwierdziły Ewa i Ania. Poprzez wymianę maili i fotek poznaliśmy się pod kątem górskiego doświadczenia i umówiliśmy na wyprawę. Poinformowałem Darka, że nie jedziemy sami, choć kusząca wydawała się perspektywa zrobienia mu niespodzianki. Pierwszy raz podaliśmy sobie wszyscy ręce dopiero przy samochodzie.
Wyjechawszy z Bielska-Białej wcześnie rano, dojechaliśmy na miejsce, czyli do Kals am Grossglockner w godzinach popołudniowych. Parking położony jest na wysokości 1500m. n.p.m. i w bezchmurną pogodę widać z niego szczyt. Nam jednak nie było dane zobaczyć zakrytego mgłą Wielkiego Dzwonnika, jak brzmi dosłowne tłumaczenie tej najwyższej góry Wschodnich Alp. 3-godzinna droga do schroniska Studlhutte (2802m. n.p.m.) była dla mnie prawdziwą mordęgą. Winny był temu ciężki plecak, jak również bardzo szybkie tempo narzucone przez płeć piękną. Dziewczyny pokazywały na co je stać! Aby dotrzymać im kroku szedłem na pełen gwizdek. W niewielkiej odległości od schroniska znaleźliśmy (chyba zwyczajowe) miejsce na rozbicie namiotów. Jak to z reguły bywa nasze obozowisko było jedynym.
Postawienie namiotów nie było łatwe z powodu hulającego wiatru. Z powodu wiatru zresztą miała miejsce zabawna sytuacja w drodze do schroniska. Otóż w 1/3 trasy, przy Lucknerhutte (2241m. n.p.m.), mieliśmy okazję ulżyć własnym plecom wkładając plecaki do kolejki linowej przewożącej produkty z/do położonego wyżej schroniska. Aby zaoszczędzić 4 euro przepakowaliśmy jeden plecak do pozostałych trzech. Zapakowaliśmy je do wagonika i zadzwoniliśmy na górę z informacją o pozostawionym depozycie. Rozmowa z obsługą zwaliła nas z nóg: "bagaże dotrą najwcześniej następnego dnia gdy wiatr ustanie". Musieliśmy się na nowo spakować i jednak wnieść łącznie blisko 100 kg. na górę.
Rano, zanim wstało słońce aura nie była zachwycająca. Padający przez noc deszcz nie przestał padać - choć przynajmniej nie był już tak intensywny, a gęste chmury wisiały nisko nad głowami. Nie spiesząc się zbytnio, zebraliśmy się mimo to do wyjścia i w efekcie byliśmy jednymi z ostatnich w sznureczku czołówek wkraczających na lodowiec. Na szczęście z każdym krokiem robiło się jaśniej, ciemne chmurzyska się rozrzedzały, aż w końcu zakryty pozostał tylko wierzchołek Glocka.
Droga do najwyżej położonego w Austrii schroniska Erzherzog-Johann-Hutte (3451m. n.p.m.) wiedzie początkowo lodowcem, a pod koniec oblodzoną i stromą skalną granią.
We wspinaczce pomagają zamontowane poręczówki. Przerwa na herbatę na tarasie schroniska pozwala rozkoszować się cudnymi widokami. Dalsza wędrówka wyprowadza na kolejny lodowiec. Początkowo płaski, szybko przechodzi w prawie pionową ścianę wyprowadzającą na  wąską grań Klaineglocknera (3770m. n.p.m.). Na tym odcinku wyprzedziliśmy z Darkiem kilka  zespołów i oddaliliśmy się nieco od dziewczyn, które szły na oddzielnej linie. W bezpiecznym poruszaniu się po grani pomagają pręty wbite w skałę, o które można owinąć linę w celu asekuracji.
Kłopotliwa do przejścia jest przełęcz Glocknerscharte odzdzielająca dwa wierzchołki. Głównie z powodu jej przepaścistości, aczkolwiek najwięcej problemu stwarzają tu ludzie. Jest mało miejsca, a mijają się ekipy wchodzące na szczyt i z niego schodzące. Po pokonaniu tego miejsca pozostaje wspiąć się na górę po nachyleniu wycenionym na wspinaczkowe II.
Ogromna ekspozycja, wspinaczka w rakach po skale, kłopoty w mijaniu się z innymi... to wszystko, gdy człowiek stanie już na górze, przestaje być problemem. O to, że trzeba pokonać te trudności schodząc w dół w tym momencie się nie myśli. Jedyną myślą zalegającą w głowie jest radość ze zdobycia szczytu. Później przychodzi czas na robienie zdjęć, odgadywanie widocznych pasm górskich i wierzchołków. Pogoda zrobiła się wymarzona. Bezchmurne niebo zachęcało do długiego przebywania na szczycie tym bardziej, że byliśmy tam tylko w czwórkę - ja, Darek i para Włochów, którzy wspięli się trudniejszą granią Studlgrat.
W końcu przyszedł czas powrotu. Teoretycznie powinniśmy schodzić w komfortowych warunkach gdyż wszyscy zeszli gdy my wchodziliśmy. Okazało się jednak, że przed przełęczą kotłuje się 8 osób.
Czteroosobowa grupa na przodzie miała duży problem z przejściem tego miejsca. Staliśmy tam dobre 30 min. Jednak na grani Klaineglocknera wcale nie poszło sprawniej. Po mijających kolejnych dziesiątkach minut cierpliwość się skończyła. Wyprzedziliśmy 8 osób zapierając się zębami raków o gładką, stromą ścianę opadającą stromo w kilkusetmetrową przepaść. Po raz kolejny miałem poczucie, że największa trudność tej góry wynika z zatłoczonego szlaku. Bo co by było gdyby z powodu nieudolności 4 osób kilkanaście innych utknęło na grani w momencie załamania pogody? Po ryzykownym wyprzedzaniu, a potem męczącym brodzeniu w mokrym już śniegu na lodowcu, mogliśmy sobie po chwili gratulować sukcesu na tarasie Erzherzog-Johann-Hutte.
Powrotna droga skałami w dół była łatwiejsza niż rano bo bez lodu pod nogami. Przy namiotach zameldowaliśmy się po 8 godzinach od wyjścia. Pierwszą godzinę spędziłem na opalaniu się i gotowaniu obiadu. Potem wznośiliśmy toast za osiągnięty cel zimnymi browarami kupionymi w schronisku. Trzecia godzina to już nerwowe wypatrywanie naszych dziewczyn. Mijały nas gdy staliśmy w korku przy przełęczy więc powinny być niedaleko za nami. Gdy już byliśmy zdecydowani na marsz w kierunku lodowca wreszcie pojawiły się na horyzoncie. Ich 3godzinne opóźnienie wynikało z... zablokowania trasy przez "alpinistów", z którymi i my się kłopotaliśmy. Dziewczyny miały na tyle rozsądku by ich nie wyprzedzać. W tym temacie dodam jeszcze, że owi "alpiniści" doszli pod schronisko po kolejnych 3 godzinach. Ucieszyłem się słysząc, że Ewa jednak zmieniła zdanie co do powrotu tego samego dnia do samochodu. Wielogodzinny marsz czuć było w mięśniach i z przyjemnością spędziliśmy następną nockę przy Studlhutte.
Mniej pozytywna była informacja, że ze szczytu spadł Ewie aparat fotograficzny. To największa strata tego wyjazdu. Z praktycznych informacji dotyczących tego miejsca warto polecić kupno zupy w schr. Dają ogromną porcję, o czym przekonały się dziewczyny zamawiając dwa talerze i w efekcie oddając jeden nam, facetom. Najedzeni udaliśmy się na zasłużony odpoczynek do namiotów.
I wszystko byłoby normalnie gdyby nie pomysł Darka i Anki. Postanowili przed snem pójść na zachód słońca na pobliski szczyt - Fanotkogel (2905m. n.p.m.). Mimo zdania, że to poroniony pomysł poszedłem z nimi bojąc się, że mógłbym później żałować straconych widoków. I była to b. dobra decyzja! Wspinaczka okazała się mało forsowna, a widoki z wierzchołka na Grossglocknera...wow!
Kolejna noc była spokojniejsza od poprzedniej. Nie wiało i było cieplej. Wstaliśmy po 6:00 i opuściliśmy to piękne miejsce. Jednak bez żalu bo jeszcze tego samego dnia czekała nas wspinaczka w Dolomitach! Niezwykle inspirujący był widok wstecz podczas drogi na parking. Do samego końca widać było króla Wysokich Taurów!

PODSUMOWANIE:
  • Czas trekkingu to 3 dni (17-19 lipca)
  • Cel zdobyty!
  • Zgodnie stwierdziliśmy, że to najtrudniejszy do tej pory szczyt na jaki weszliśmy

Autorzy zdjęć: Anna Gogółka, Dariusz Kajzer, Konrad Ludwikowski

piątek, 27 sierpnia 2010

Marmolada - Punta Penia (3343m. n.p.m.)

 BŁYSZCZĄCA GÓRA
Po lewej stronie masyw Marmolady
Dwa dni przed wyruszeniem w stronę wierzchołka dolomitów, wraz z Darkiem - moim kompanem podróży, zdobyłem najwyższy szczyt Niemiec - Zugspitze.  Wtedy mogliśmy mówić o sporym szczęściu bo mimo zapowiadanych deszczów pojawiło się kilkugodzinne okno pogodowe i dzięki temu pierwszy dzień urlopu nie okazał się zmarnowany. Teraz nie było niebezpieczeństwa niepogody bo do końca tygodnia zapowiadali słońce, więc pod masyw górski Marmolada jechaliśmy spokojniejsi, nie patrząc z nadzieją w niebo. Na parking przy jeziorze Lago di Fedaia (2053m. n.p.m.) przyjechaliśmy po południu i mieliśmy sporo czasu na rozbicie namiotu i rozeznanie się w terenie. Co nas pozytywnie zaskoczyło to fakt, iż w pobliżu dolnej stacji kolejki gondolowej, na polanie przy końcu popularnej zimą trasy narciarskiej, można bez przeszkód rozbić namiot. Stały tam również przyczepy campingowe i podejrzewaliśmy, że pewnie zaraz znajdzie się chętny do pobrania opłaty za miejsce, jednak były to puste obawy. W pobliżu jest też kilka restauracji co jest istotne jeśli chce się skorzystać z toalety. Miejsce to wspominam jako niezwykle urokliwe. Na jego klimat z pewnością wpływ ma jezioro zakończone ogromną tamą i oczywiście bezpośrednia bliskość największego w Dolomitach masywu górskiego. Najwyższym szczytem Marmolady jest Punta Penia (3343m. n.p.m.). Następnego dnia planowaliśmy stanąć na tym wierzchołku jednocześnie trawersując górę z zachodu na wschód co wiązało się z przejściem lodowca. To właśnie od niego wzięła się nazwa szczytu - w języku ladyńskim (używanym przez rdzenną ludność zamieszkującą włoskie Dolomity) słowo "marmolada" oznacza "błyszcząca", a właśnie takie wrażenie sprawia okalający górę od północy lodowiec Ghiacciaio della Marmolada. Via ferrata poprowadzona zachodnią granią to wspaniała, klasyczna droga na szczyt, ciesząca się zasłużoną popularnością. Aby wyprzedzić tłumy ludzi, których towarzystwa obawialiśmy się na trasie, wstaliśmy na długo przed otwarciem kolejki i po godzinie 8:00 gdy pierwsze osoby wysiadały z wagoników przy schronisku Pian dei Fiacconi (2626m. n.p.m.), my przechodziliśmy już niewielki lodowczyk zbliżając się pod skały wyprowadzające na przełęcz Forc. Marmolada (2896m. n.p.m.).
W środkowej części śnieżnego pola musieliśmy założyć raki ze względu na spore oblodzenie. Po przejściu paru metrów można było zdjąć kolce z butów i przygotować się do wejścia w wąskie wcięcie w przełęczy ubezpieczone stalową liną. Tą drogą wychodzi się na skalno-piarżyste zbocze i krawędzią grani wzdłuż prawie ciągłych ubezpieczeń na śnieżną kopułę. Tam gdzie jest bardziej stromo idzie się po drabinkach, a na większości gładkich i śliskich odcinkach zamocowano żelazne pręty.
W większości przypadków miałem nieodosobnione wrażenie, że ułatwień jest stanowczo za dużo i trochę burzą radość przebywania w skale. Miłym widokiem było stado górskich kozic na sąsiedniej Sforcela de Vernel rozgonione w pewnej chwili przez przelatujący helikopter. Na grani bardzo mocno wiało i krótki rękawek szybko zamieniliśmy na kurtki. Minęło nieco ponad 5 godzin od kiedy wyszliśmy z namiotu i o 11:20 stanęliśmy pod krzyżem stojącym w najwyższym punkcie Dolomitów. Radość była spotęgowana przepięknymi widokami. Gdzie nie spojrzeć widać było gołe skały bądź ośnieżone górskie szczyty. Brzydki schron na szczycie w pełni zasługuje na negatywne opinie turystów gdyż jest po prostu...brzydki. Ponoć miała to być chwilowa konstrukcja ale jak to zwykle bywa została na stałe.
Kiedy na wierzchołku Dolomitów zaczęło się robić tłoczno my byliśmy gotowi do drugiej części każdej wspinaczki na szczyt, tj. do schodzenia w dół. Po raz enty tego dnia ubraliśmy raki i ruszyliśmy w dół śnieżnym polem. Po ok. 15 min. raki trzeba było zdjąć w celu pokonania skalnej rynny, a następnie znowu je założyć wchodząc na lodowiec. Strome zejście zabezpieczone jest poręczówką i nie przysparza większych trudności. Bardziej ekscytujące wydaje się być późniejsze przekraczanie otwartych szczelin lodowca.
Poniżej granicy wiecznego śniegu zrobiliśmy sobie przerwę dojadając resztki żywności, która nam została i obserwowaliśmy schodzących jak my przed chwilą alpinistów.
W okolicy górnej stacji kolejki i przy znajdującym się nieopodal schronisku było mnóstwo ludzi, dla których to właśnie miejsce jest celem wycieczki. Nic dziwnego - nawet nie wchodząc na szczyt warto poczuć jego magię choćby od dołu. Niska cena kolejki (4 euro) zachęciła nas do zjechania w dół, tym bardziej, że taką konstrukcją jeszcze nie mieliśmy okazji jechać. Trudno było się rozstać z tym miejscem, jednak jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy pod kolejny cel naszych górskich wspinaczek, a mianowicie pod masyw Tofane, gdzie czekała nas kolejna porcja przygód.

PODSUMOWANIE:

  • Czas trekkingu to 1 dzień (26 sierpnia)
  • Cel zdobyty!
  • Dla Dariusza najwyższy do tej pory wierzchołek

czwartek, 5 sierpnia 2010

Grossvenediger (3662m.n.p.m.)


SPONAD CHMUR POD POZIOM MORZA
GPSies - GrossvenedigerPowoli zbliżały się wakacje i trzeba było obrać cel tegorocznej podróży. Miejsce moich górskich wakacji było już wybrane dawno. Po zeszłorocznej nieudanej próbie wejścia na trzytysięcznik decyzja była oczywista-chcieliśmy w końcu na jakiś wejść więc plan na sierpień już był. Ale teraz mieliśmy lipiec i czas na wakacje z moją drugą połówką, a nie kolegą! Obrażeni na nasze polskie morze z powodu kiepskiej pogody zeszłego lata zdecydowaliśmy, że tym razem posmakujemy bardziej słonej wody, a konkretnie tej z Adriatyku z plaż Chorwacji. Mam to szczęście, że mojej żony Julii również nie interesuje leżenie na plaży przez cały okres urlopu więc zaczęliśmy przeglądać mapę w poszukiwaniu ciekawych górskich szlaków w pobliżu. Początkowo padło na znajdujący się po drodze Triglav - najwyższy szczyt Słowenii, ale bałem się niewiadomej dotyczącej możliwości nocowania w namiocie w Parku Narodowym. Z Darkiem bym się tym nie przejmował w myśl zasady "zobaczy sie na miejscu", ale jadąc z kobietą wolałem wiedzieć czego się spodziewać.  Tej obawy nie miałem w stosunku do Parku Hohen Tauren, gdzie rok temu mój namiot stał kilka nocy bez konsekwencji. Poza tym nie oparłem się pokusie dokończenia rozpoczętej drogi na Grossa i podjąłem decyzję, na którą moja Luba, chętnie lub nie, przystała - wspinamy się w Austrii, a odpoczywamy w Dalmacji. Śmieszny był widok przestrzeni bagażowej w samochodzie, gdzie obok czekanów, lin, karabinków leżały płetwy i maski do pływania.
Do Hinterblich na parking leśny na wysokości 1480m. n.p.m. dotarliśmy w godzinach rannych. Pokonanie 641 metrów w pionie do pierwszego schroniska (Johannishutte) zajął nam niecałe 3 godziny i w tym miejscu najchętniej przerzucilibyśmy nasze plecaki na jakieś osły lub wynajęli szerpów aby kontynuować. Myśleliśmy nawet o rozłożeniu namiotu gdzieś w pobliżu i podejściu do Defregger Haus następnego dnia. Gdy już przestaliśmy żartować na temat tragarzy i odpoczęliśmy na tyle aby odrzucić myśli o zmianie zaplanowanego harmonogramu dnia wrzuciliśmy nasze łączne 40 kilogramów na plecy i w drogę. Przewodniki szacują dojście spod jednego schroniska do drugiego w maksymalnie 3 godziny. Nam zajęło to cztery. I przyczyną opóźnienia na pewno nie były sesje z pasącymi się swobodnie krowami, wypatrywanie ganiających w dolinach koni lub szukanie świstaków. Najbardziej spowalniał nas ciężar plecaków. W którymś momencie próbowałem być nawet odrobinę bohaterski i zabrałem Julii z pleców namiot ale dodatkowe 3 kilogramy do moich 25 niesamowicie mnie spowolniły. Julia podstępnie odpięła mi pakunek i przytroczyła do siebie mimo mojego nie do końca szczerego protestu. Mimo trudności dojść trzeba było i tak też się w końcu stało. Po rozbiciu namiotu niedaleko Defregger Haus ( 2963m. n.p.m), zjedzeniu czegoś liofilizowanego mieliśmy czas (i siłę!) na podejście pod lodowiec, wizytę w schronisku i zabawę z bardzo odważnymi świstakami.
Noc okazała się niezwykle ekscytująca. Otóż dokładnie nad nami rozpętała się burza, której nigdy nie zapomnimy. Huk rozdzieranego powietrza był tak donośny jakby ktoś uderzał młotem w płat blachy tuż za ścianą namiotu, natomiast rozbłysk uderzających nieopodal piorunów przywoływał na myśl sceny z kreskówek przedstawiające zwęglone postaci lub zamieniające się w popiół obiekty, w które trafił. W połowie nocy burza odeszła i powróciła nad ranem, także w śpiworach leżeliśmy niemal do południa. Oczywiście zachmurzone niebo nie pozwalało dojrzeć szczytu i o ataku tego dnia nie mogło być mowy. Zwiedziliśmy zatem dokładnie okolicę, podeszliśmy pod fragment lodowca, którym nie idzie się na szczyt, puszczaliśmy kaczki w górskim jeziorze, robiliśmy mnóstwo zdjęć przy wodospadach i na skałach, budowaliśmy fosę wokół namiotu -mimo teoretycznie nieprzystępnej okolicy dobrze się bawiliśmy. Tego dnia zapełniło się schronisko gdyż zapowiadali na dzień kolejny doskonałą pogodę.
Niestety nie było nikogo kto spałby tak jak my w domku z tropiku. Byliśmy więc pozytywnie wytykani palcami, a rano idąc w grupie w kierunku lodowca zagadywani o minioną noc gdyż przeciwnie do poprzedniej była dosyć mroźna. Mieliśmy tylko jeden śpiwór na minusowe temperatury ale za to aż dwa typowo letnie i tej nocy dodatkowy jako kołdra  bardzo się przydał. Po dzwonku budzika przeleżeliśmy jeszcze godzinę do 6:00 i po kolejnej półtorej byliśmy gotowi do drogi. Na lodowiec weszliśmy w pełnym rynsztunku jedni z ostatnich i dzięki temu nie szliśmy w ścisku na ścieżce między szczelinami, a na szczycie byliśmy przez moment tylko we dwoje. Napisałem już, że zdobyliśmy cel, także słówko o wrażeniach po drodze. Otóż na przykład zaskoczył nas brak obawy o swoje rzeczy osoby, która zostawiła na początku lodowca raki, uznawszy, że się nie przydadzą. Od tej chwili byłem bardziej spokojniejszy o nasz dobytek, który został w tyle. Naprawdę warto uwierzyć, że ludzie gór są uczciwi - będzie lżej i to dosłownie!
Śnieg rzeczywiście był dość miękki i w raki ubraliśmy się dopiero na zejście. Bardzo dobrze szło mi się z Julią. Szła pierwsza abym w razie wypadku mógł ją wyhamować, ale na szczęście nie było takiej potrzeby. Przyjemnie było Jej dodawać otuchy gdy okazywała strach przed widocznymi mostkami śnieżnymi, którymi trzeba było przejść lub dziurami w śniegu, które trzeba było przeskoczyć. Najbardziej obawiała się widocznej na horyzoncie szczeliny brzeżnej lodowca i nawet niezbyt przekonująco mówiła coś o odwrocie. Owa szczelina okazała się jednak bułką z masłem i po przejściu wąskiej grani doprowadzającej do wierzchołka mogliśmy się wreszcie cieszyć ze zdobycia szczytu.
Nad chmurami w oddali Grossglockner
Dla nas obojga był to rekord wysokości, a dla Julii jest do teraz. Oj jak tam na górze smakowała czekolada i herbata z cytryną. Zdjęcia robiliśmy sobie wzajemnie z rodzinką, która weszła za nami, tzn. chłopakiem z rodzicami w sile wieku. Muszę kiedyś zrobić taki prezent - wprowadzić na szczyt - swoim rodzicom, np. na rocznicę ślubu. Po dłuższej chwili rejon Grossvenediger'a był jedynym miejscem wystającym ponad chmury - nawet wyższy Grossglockner został przykryty. Usiedliśmy pod krzyżem, założyliśmy raki i rozpoczęliśmy spacer w dół.
Drogę powrotną przez lodowiec wspominam jako przyjemny spacer, gdyż nachylenie było niewielkie, a pogoda wymarzona! Oczywiście w dół zeszliśmy nieco szybciej niż do góry tj. w jakieś 2 godziny. Namiot stał tam gdzie go zostawiliśmy, a na ławkach przy schronisku mnóstwo ludzi cieszyło się ze zdobycia szczytu. Również my po spakowaniu plecaków skusiliśmy się na zimne piwko, rzuciliśmy okruchy pieczywa żebrającemu świstakowi i zaczęliśmy schodzić w dolinę. Znów trzeba się było zmierzyć z ciężarem plecaków :( Z jednej strony zazdrościłem wszystkim francuzom, włochom i austryjakom, którzy nas wyprzedzali tego, że idą na lekko ale z drugiej strony nigdy nie zamieniłbym namiotu i śpiwora na łóżko i koc, których nieść nie trzeba. Taka forma przebywania w górach ma swój niepowtarzalny klimat i kropka. Przy Johannishutte nawet się nie zatrzymaliśmy i po około 4 godzinach marszu byliśmy przy aucie. Przy otwartej klapie bagażnika urządziliśmy piknik, a w lodowatej wodzie górskiego potoku kąpiel. W objęcia Morfeusza wpadliśmy na granicy włosko-słoweńskiej. Następnego dnia po zdobyciu trzytysięcznika nurkowaliśmy w poszukiwaniu jak największych muszli i opalaliśmy się na kamienistych plażach...tak, to był zasłużony wypoczynek!


PODSUMOWANIE:
  • Czas trekkingu to 3dni (2-4sierpnia)
  • Cel zdobyty!
  • Podczas tej wyprawy oboje osiągnęliśmy rekord wysokości - 3662m. n.p.m.
   

Autorzy zdjęć: Julia Ludwikowska, Konrad Ludwikowski

sobota, 19 września 2009

Grossvenediger (3662m.n.p.m.)

GPSies - W kierunku Weisspitze
GPSies - W stronę Grossvenediger'a


żółty - trasa planowana,  czerwony - zrealizowana,  zielony - msc. noclegów
  NIE TYM RAZEM...

Po pokonaniu wielu tatrzańskich grani
w ciągu 2óch zimowych sezonów w końcu dojrzeliśmy do decyzji
o spróbowaniu swoich sił w Alpach. My, tzn. ja i Darek - razem w górach tworzymy zgrany duet (podobne tempo, rozwaga, zbliżone ambicje). Padło na Wysokie Taury - głównie z powodu niewielkiej odległości od Polski. Główny cel wyprawy - Grossvenediger. Ten mający 3662m. n.p.m. wierzchołek to drugi pod względem wysokości szczyt w Austrii z obszernym, lecz przy ładnej pogodzie łatwym do przejscia lodowcem. Miało to być nasze pierwsze wiązanie się liną i droga między szczelinami więc niski poziom trudności był nam na rękę. Skompletowanie sprzętu polegało na kupnie liny, repsznurów, krabinków itp. oraz...namiotu i ciepłych śpiworów, gdyż to było nasze główne założenie - poznać wysokie góry z perspektywy wypraw wysokogórskich, bez wygód, które daje schronisko - bierzącej wody, gotowych posiłków, łóżka i ogrzewania.
Pierwsze sprawdzenie naszego domku miało miejsce gdzieś między Malinowską Skałą, a Baranią Górą w Beskidzie Śląskim.
Po około miesiącu przemierzaliśmy już autostrady moim wysłużonym, dawno pełnoletnim Mercedesem W124. Jako, że tylko jeden z nas jest kierowcą nie obyło się bez krótkiego noclegu po drodze i na miejsce, tj. do miejscowości Pragraten am Grossvenediger, dotarliśmy około południa. Auto zostawiliśmy na płatnym parkingu w pobliżu hotelu górskiego Bodenalm ale niewiele niżej można zaparkować za darmo. Pogoda - beznadziejna - przesiedzieliśmy cały dzień na parkingu w samochodzie fotografując pasące się na urwiskach krowy i mając nadzieję, że przestanie padać, aż w końcu już o zmroku mimo padającego deszczu wyszliśmy z kilkudziesięcioma kilogramami na plecach w góry. W trakcie tego oczekiwania zmieniliśmy plany naszej wyprawy co okazało się ostatecznie przyczyną klęski w zdobyciu wymarzonego szczytu. Otóż zdecydowaliśmy, że nie wchodzimy na Grossa tradycyjną drogą (wejście w 2 dni przy dopisującej aurze) tylko na około trasą kilkudniową, którą zresztą sami wyznaczyliśmy patrząc na mapę (nie ma takowej w przewodnikach).
Już w kompletnych ciemnościach po około półtorej godziny marszu (wysokość ok. 2000m. n.p.m.) rozbiliśmy pierwszy obóz. Szybki posiłek i do spania by rano mieć siłę na dalszą wędrówkę.
Widok z namiotu z samego rana dał nam sporo energii. Około południa pogoda trochę się zepsuła co podobno jest tutaj normą. W połowie drogi minęliśmy pierwsze schronisko ( Eisseehutte - 2521m. n.p.m.)
i w coraz gorszych warunkach pogodowych -
 trasa też nie rozpieszczała (sporo wody, przykrytych śniegiem głazów, pomiędzy które łatwo było wpaść) dotarliśmy do jeziorka, które prawdopodobnie było tym, w pobliżu którego chcieliśmy rozbić namiot. Po rozłożeniu namiotu na chwilę się przejaśniło i mogliśmy ustalić zgodnie z mapą swoją pozycję w terenie. Okazało sie, że jesteśmy tam gdzie chcieliśmy być czyli pod przełęczą Wallhorntorl,
z której zamierzaliśmy zejść na lodowiec i mijając schronisko Defregger Haus dojść na Grossvenediger'a!
W tym miejscu na wysokości ok. 3040m. n.p.m. ( wg wskazań nawigacji samochodowej) spędziliśmy dwie noce. Pierwsza była wyjątkowo nieprzyjemna z powodu opadów śniegu, który trzeba było kilkakrotnie w trakcie nocy odgarniać ze ścian namiotu. Poza tym świadomość, że jesteśmy kilka godzin marszu od najbliższego schroniska, na wysokości ponad 3000m. n.p.m. w domku z materiału, mniejszym niż większość głazów leżących obok, zdani tylko na siebie, powodowała wzrost adrenaliny, co z kolei utrudniało spokojny sen. Budzik nastawiony na wczesnoranną godzinę nic nie dał bo ze spiworów wyszliśmy dopiero po dwunastej kiedy to wydawało się, że padający śnieg, deszcz czy co tam z nieba jeszcze leciało trochę przystopował.
Z powodu złej pogody postanowilismy nie pchać sie na lodowiec ale spróbować wejść na pobliski Weisspitze (3300m. n.p.m.). Ten pomysł nie był zbyt rozsądny.
Zabłądziliśmy we mgle i po wielu minutach brodzenia w śniegu po pas w dosyć lawinowym terenie udało nam sie wrócić na powrotną "ścieżkę". Tego dnia weszlismy jedynie na przełęcz co i tak było dobrym wynikiem. Poza tym było to dla nas bardzo przydatne gdyż zweryfikowało nasze dlasze plany. Okazało się, że zejście z przełęczy to typowo letni szlak, w tej chwili - przy takiej ilości śniegu niedostępny - pionowa kilkusetmetrowa ściana w dół , gdzie pod nawisami śnieżnymi są ponoć (jak wyczytaliśmy po powrocie w przewodniku) sztuczne ułatwienia (łańcuchy, klamry).
W trakcie drugiej nocy ciekawostką był przelatujacy nad górami samolot. Odgłos był tak mocny, iż zastanawialiśmy się wręcz czy coś (np. skutery śnieżne, helikopter) nie przejeżdża/przelatuje tuż obok nas.
Rano przywitała nas słoneczna pogoda. Niesamowite uczucie, gdy będąc ubranym we wszystkie dostępne ciuchy, wraz z pierwszymi promieniami słońca, które są w stanie nas dosiegnąć wychodząc zza szczytów, można się rozebrać ze wszystkiego bo tak jest ciepło.
Weisspitze - 3300m. n.p.m.
Padła decyzja, której dziś za cholerę nie mogę zrozumieć. Postanowiliśmy zejść w dół aż na parking, podjechać do Hinterbichl pod miejsce najszybszej drogi na Grossvenediger'a i następnego dnia na ten szczyt wejść. Także mając trzytysięcznik na wyciągnięcie ręki podczas doskonałych warunków atmosferycznych odpuściliśmy Weisspitze na rzecz wyższego Grossa. Zejście do cywilizacji zajęło nam większą część dnia. Było też dosyć komfortowe gdyż cały snieg gdzieś zniknął :-) Jeszcze wizyta w sklepie i zaopatrzenie w prowiant na dzisiejszą kolację i następny dzień (podczas tego śniadania skończył nam się gaz, a nakręcanych kartuszy w Pragraten nie mieli, więc zupki chińskie odpadały). Około siedmiogodzinną trasę pod lodowiec skrócilismy sobie o 3godz. podjeżdżając taksówką z Hinterbichl pod schronisko Johannishutte (2121m. n.p.m.) i w totalnych ciemnościach o 21:30 dotarliśmy na miejsce noclegu w pobliżu schroniska Defregger Haus (2963m. n.p.m.). Ponownie stawialiśmy namiot po zmroku. Początkowo szukaliśmy miejsca z dala od schroniska, jednak tylko w jego pobliżu znaleźliśmy odpowiednio płaskie miejsce. Pogoda następnego dnia nie była taka jak byśmy tego oczekiwali. Mimo sporego zachmurzenia postanowiliśmy jednak spróbować. Po blisko dwóch godzinach od pobudki, po śniadaniu, spakowaniu sprzętu i krótkim podejściu pod lodowiec byliśmy na skraju wiecznego lodu. 
Obwiązani liną, obuci w raki i z czekanem w ręku postawiliśmy pierwszy krok na właściwej ścieżce. Dla nas obojga był to pierwszy raz w terenie, który dotychczas znaliśmy tylko z opisów w przewodnikach. Muszę przyznać, że widok otwartych szczelin powodował miękkość kolan, a przekraczanie śnieżnych mostków powodowało spory wzrost ciśnienia, tym bardziej, że jeden z nich już na wstępie zawalił się pod Darkiem. Nogi kolegi zniknęły w lodowej dziurze ale na szczęście na nogach się skończyło. Bez trudu podciągnął się na rękach, ja mogłem poluzować linę i kontynuowaliśmy marsz. Niestety owa kontynuacja nie trwała zbyt długo gdyż pogoda
z każdą chwilą się pogarszała. Doszliśmy jedynie w pobliże wierzchołka Rainehorn na wysokość około 3400m. n.p.m. Główną przeszkodą okazała się mgła. Nie bez znaczenia było też wolne tempo marszu. Sporo więcej spodziewałem się od Darka, który to dotychczas, podczas wędrówek po Tatrach zwykle okazywał się silniejszy ode mnie. Tutaj jednak ewidentnie nie był w formie, cierpiał chyba z powodu wysokości gdyż miał problemy z utrzymaniem równego oddechu, wymiotował (mimo, iż praktycznie nic nie jadł) i ogólnie czuł się osłabiony. Dziwne to o tyle, że w przyszłości podczas wędrówek nawet w wyższe rejony już nigdy się to nie powtórzyło.
W pewnym momencie linia horyzontu zniknęła we mgle, biel śniegu zlała się z mlekiem w powietrzu, o jakiejkolwiek scieżce nie mogło być mowy i decyzja mogła być tylko jedna - odwròt. Po swoich śladach doszliśmy do namiotu i co zauważyliśmy? - kogoś nasz namiot bardzo zainteresował podczas naszej nieobecności. Na szczęście nie był to nikt ze straży parku lub ze schroniska a...najpewniej kuraki czyli ptaki z rzędu ptaków grzebiących. Te małe stworzenia zostawiły mnóstwo śladów wokół namiotu i w przedsionku pod tropikiem. Po wypiciu browara, którego Dariusz wtaszczył aż tutaj stwierdziliśmy, że mamy dość, że te pare dni spędzonych wysoko
w górze dało nam na tyle dużo satysfakcji, iż przełkniemy gorycz porażki i wrócimy do domu bez zdobytego celu. Godziny przeleżane
w namiocie na wysokości - najpierw 3040m. teraz 2963m. n.p.m., wychodzenie w kierunku szczytòw bez towarzystwa innych ekip - to wszystko sprawiło, że czuliśmy się jak alpiniści z prawdziwego zdarzenia.
Żeby się zagrzać kupiliśmy w schronisku litr wrzątku (2 euro) na zupkę i po spakowaniu sprzętu ruszyliśmy w dół. Z racji, iż był to początek weekendu mijaliśmy po drodze wiele osób zamierzających wejść na szczyt następnego dnia. Podejrzewam, że im się to udało ponieważ zapowiadali na sobotę ładną pogodę. My jednak nie zdecydowaliśmy się zostać nawet w chwili gdy pewna para zaproponowała nam powrót i stworzenie czteroosobowego teamu gdyż obawiali się wchodzenia w dwójkę na lodowiec. Po przekroczeniu potoku Zettalunitzbach usiedliśmy na  chwilkę w schronisku by uraczyć się miejscowym piwkiem i niestety juz w deszczu po około pięciu godzinach marszu dostarliśmy kompletnie zmordowani do samochodu. 
Oczywiście
w drodze powrotnej pojawił się pewien niedosyt z racji rezygnacji
z pierwszego trzytysięcznika, jednak już po niespełna roku żal minął kiedy nań stanąłem z bądź co bądź bliższą mi osobą, a konkretnie z moją świeżo upieczoną żonką ;) Ale o tym w kolejnym wpisi
e
.

PODSUMOWANIE:
  • Czas trekkingu to 5dni (14-18września)
  • Cel nie zdobyty, lecz wrażenia jak najbardziej pozytywne (nasze pierwsze góry wyższe niż Tatry, pierwszy nocleg w namiocie w warunkach zimowych, pierwszy spacer po lodowcu, pierwszy raz widziałem świstaki)
  • Podczas tej wyprawy obaj osiągnęliśmy rekord wysokości - ok. 3400m. n.p.m.

Autorzy zdjęć: Dariusz Kajzer, Konrad Ludwikowski